Ostatnio zamieszczone

Ciasteczka

W zeszłym tygodniu upiekłam osiemnaście ciasteczek. Ich migdałowo-kakaowy smak rozpływał się w ustach, pozostawiając na języku delikatną słodycz. Żałuję, że nie zamoczyłam żadnego w herbacie, bo wtedy mogłabym przysunąć krzesło do okna, podkulić nogi i, spoglądając leniwie za szybę, poudawać przez parę sekund, że mam coś bardzo ważnego do przemyślenia.

Gdy ktoś pyta mnie o ulubioną porę roku, nie potrafię wybrać. Chociaż dzisiaj zachwycam się jesienią i faktem, że mogę wykorzystać najładniejsze ubrania z szafy, za kilka miesięcy zasłonię oczy przed słońcem i uśmiechnę się na widok hamaku rozłożonego pod brzozą w ogrodzie. Piegi znów pojawią się na moim nosie, a ja będę delektować się każdym kęsem brzoskwini i soczystego arbuza. Pierwszego dnia zimy obudzę się z nadzieją ujrzenia zaśnieżonych ulic i sopli lodu wiszących pod ceglanymi dachówkami, a wiosną podleję żonkile stojące w doniczkach na parapecie. Czas popłynie, a moje małe czynności powtórzą się z nadejściem kolejnych lat.

Jest tyle rzeczy, o których chciałabym opowiedzieć, a jednocześnie wydaje mi się, że żadna nie ma znaczenia, dlatego z ciężkim westchnieniem porzucam każdą z nich na stercie „pomysłów nieważnych”, która wciąż tylko rośnie w moich myślach, zaśmiecając wolną przestrzeń. Napisanie stu słów zaczęło sprawiać mi trudność – chyba odzwyczaiłam się od swobodnego uwalniania wewnętrznych rozterek i teraz milion razy analizuję pojedyncze słowa przed złożeniem zdania, jakbym obawiała się, że przypadkiem zamaluję czarny tusz na biało i pozbawię je sensu. Wstaję wcześnie rano, próbując złapać blaknące promienie pomarańczowo-różowego słońca. Mrużę oczy i opieram głowę na poduszce obok zwiniętego w kłębek kota, a on przysuwa różowy nosek do mojego zziębniętego policzka. Odnajduję spokój w jego cichym mruczeniu. Zmieniam pościel i zakładam na poduszkach wzorzyste poszewki w kwiatki na białym tle, przykrywając je śliwkowym kocem, żeby wyznaczyć granicę między nocą i dniem. Przyglądam się smugom farb na płótnach i wdaję się rozmowę o skradzionych obrazach, snując podejrzenia i dopowiadając zakończenia tajemniczych historii. Wszystko po to, by poczuć i odnaleźć inspirację w mojej codzienności. Sprawia mi to ogromną przyjemność.

Zawsze chciałam malować akwarelami, ale wciąż pozostawiałam ten pomysł gdzieś z tyłu, szybko o nim zapominając. Od czasu do czasu powraca do mnie pragnienie trzymania pędzelka w dłoni i rozprowadzania barw chłodnymi kroplami wody. Mogłabym wyobrazić sobie wtedy, że jestem chmurą i kontroluję deszcz oraz kolory nieba, decydując o intensywności opadów. Niczego jeszcze nie namalowałam, dlatego podzielę się tutaj obrazem, który niesamowicie mi się podoba.

Spróbuję częściej się odzywać i pozostawiać po sobie opowieści, które być może rozjaśnią Wasze (i moje) jesienne dni. Ostatnio było zbyt ciemno, by cokolwiek przeczytać, dlatego żarówka lampy w moim pokoju od rana rozjaśniała szary fotel stojący pod spadem dachu. Odrobina światła na pewno nam się przyda.

japanesebeetlesmall

„Old English Roses and Japanese Beetles” Michelle Morin

Reklamy

Zorza polarna

Wczoraj pola, łąki i ulice pokrył biały puch spadający z nieba. Myślę, że to kawałki chmur, które przypadkiem się od nich oderwały i opadły na ziemię, choć wiem, że teoria naukowa brzmi zupełnie inaczej. Nie udało mi się jednak nacieszyć widokiem czystych płatków śniegu, ponieważ dzisiaj po przebudzeniu i szybkim zerknięciu przez okno ujrzałam w paru miejscach drobne listki zielonej trawy. Delikatne śnieżynki ponownie zamieniły się w wodę, a ich miejsce zajęła biała jak mleko mgła oplatająca domy na ulicy. Matka natura niezwykle ciężko pracuje, by o każdej porze dnia i nocy zachwycać pięknem otaczającego świata. Każdy kwiat posiada swój własny, niepowtarzalny zapach, każde drzewo zbudowane jest z innej kory. Czasem wydaje mi się, że nie potrafię tego docenić.

Kiedyś pojadę do Norwegii, by ujrzeć zorzę polarną. Pewnej zimnej nocy położę się na skrzypiącym śniegu i z iskierkami nadziei w oczach spojrzę w nieskończoną ilość migoczących gwiazd… znajdę ją właśnie tam. Marzę o tym od czasu, gdy obejrzałam w telewizji program, w którym znana postać zobaczyła to cudowne zjawisko na własne oczy. Wyobrażacie sobie, jak pięknie musi to wyglądać? Niczym duchy tańczące po niebie, uśmiechające się tysiącami magicznych barw, które rozświetlają noc, odbijają się w tafli zamarzniętego jeziora, szybach okien oraz przezroczystych soplach lodu zwisających z parapetów. Pojawiają się nagle i znikają, a każdy zachodzi w głowę, gdzie znajduje się ich kryjówka. Bo przecież muszą gdzieś mieszkać, prawda?

Gubię się w słowach, przeżywam wszystko w swym sercu. Kiedyś pojadę do Norwegii, by ujrzeć zorzę polarną.

17 stycznia 2014

Sala odlotów

Na parkingu przed lotniskiem panuje spokój, który co jakiś czas zostaje zakłócony przez wjeżdżające samochody oraz ludzi ciągnących za sobą czarne walizki na małych kółkach. Pod dachem, tuż obok drzwi, które automatycznie się otwierają, stoją ludzie palący papierosy. Jeden z mężczyzn dyskretnie ociera rękawem kurtki łzy, które przypadkiem spłynęły po jego zaczerwienionych od zimna policzkach i ucieka wzrokiem przed przyglądającymi się przechodniami. Odchodzi w odwrotnym kierunku, zakłada kaptur na odkrytą głowę. To ostatni raz, gdy go widzę.

Wchodzę do środka. Z lewej strony ciągnie się pas kafejek, biur podróży oraz stoisk z informacjami o odlotach. Przed nimi sprawnie działają ruchome schody, a także znajdują się drewniane rzeźby przedstawiające Boże Narodzenie. Na ścianach widnieją telewizory, które wyświetlają prawidłowy proces przechodzenia przez bramki na lotnisku.

Podchodzę z uśmiechem. Kolejka idzie naprzód, brakuje już dla mnie miejsca. Patrzę w oczy, podaję dłoń i mówię „cześć”, a następnie oddalam się i wjeżdżam po ruchomych schodach na górę, gdzie znajduje się punkt widokowy. Ostatni raz odwracam głowę i spoglądam w tę stronę, a obraz nagle traci swą wyrazistość.

Mija godzina. Ludzie wchodzą do różowo-białego samolotu. Stoi przy drzwiach maszyny, podnosi rękę i macha nią w pożegnalnym geście. Odpowiadam tym samym i widzę, jak znika. Samolot pokonuje pewien dystans na pasie startowym i unosi się w przestworza. Leci ku pomarańczowemu słońcu, które utorowało drogę między błękitnymi oblokami i staje się coraz mniejszy, widoczny tylko dzięki wyraźnemu światłu, które miga co parę sekund. Wracam do samochodu, a w połowie drogi moje oczy zalewają się słonymi łzami.

Pewnego dnia kupię sobie tani bilet lotniczy i polecę. Zabiorę ze sobą kogoś wyjątkowego lub odbędę podróż w samotności. Nikomu nie powiem, gdzie jestem. To pozostanie tajemnicą aż do mojego powrotu. Wezmę stary, przetarty plecak i zapakuję do niego parę ubrań, koc oraz ulubione książki i pamiętnik wraz z wiecznym piórem. Oczyszczę umysł.

Mogłabym spędzić całą noc, patrząc, jak samoloty lądują na ziemi lub wzbijają się w powietrze. Potrzebuję tylko przyjaciela, ciepłej bluzy i kilku złotówek umożliwiających kupno herbaty w kawiarni na piętrze.

ilustracja: Lidia Tomashevskaya

27 grudnia 2013

Zasypianie

Widzę, jak świat powoli zapada w sen, wypowiadając półgłosem zaklęcia odrywające ogonki rdzawych liści od gałęzi. Mlecznobiała mgła przykrywa wyblakłe kolory i chroni dojrzałe kasztany przed zimnem, poranki rozpoczynają się coraz później, a promienie słoneczne gasną, żegnając cieplejsze miesiące pomarańczowo-złotymi malunkami na niebie. Chłód przenika miękkie poduszki, pozostawiając na poszewkach pocałunki jesieni.

Naciągam rękawy grubego swetra, by ogrzać zziębnięte kostki nadgarstków. W domu unoszą się zapachy dyni, jabłek oraz ciasta z kruszonką. Pokoje wydają się uśpione, dźwięk skrzypiącej, drewnianej podłogi łagodniejszy, szary kredens przypomina starego, zamyślonego człowieka w okularach. Nieprzeczytane książki stoją na półkach, policzki się rumienią, a kot zwija się w kłębek na szarej kanapie. Nawet pies nie szczeka już tak często.

Podnoszę rolety w oknach i, mrużąc oczy, patrzę na blade światło dnia odbijające się od szklanki. Siadam przy stole na dębowym krześle i powolnym ruchem smaruję chrupiące pieczywo porzeczkową konfiturą.

Rower

Albert Einstein powiedział, że życie jest jak jazda na rowerze – aby utrzymać równowagę, musisz wciąż poruszać się naprzód. Jestem prawie pewna, że żadne słowa nie poruszyły mnie nigdy w podobny sposób.

Gdy słońce powoli przybiera wyraźną, pomarańczową barwę, kolory nieba podkreślają jego piękno różowym odcieniem, przypominającym watę cukrową, a powietrze ochładza się i głaszcze delikatnie po policzku, łaskocząc najwrażliwsze miejsca skóry, przemierzam rowerem dziurawą, polną drogę, ukrytą pod rozłożystymi, jaskrawozielonymi koronami drzew. O tej porze roku złote łany zbóż tworzą sierpniowy, magiczny dywan, rozwinięty wzdłuż twardych kamieni, dostępny dla wszystkich, niezależnie od tego, kim są. Mogą dostąpić najwspanialszego zaszczytu lata, jednak pomimo rażącego w oczy piękna, złociste, leżące na ziemi łodyżki każdego dnia deptane są bez większej uwagi przez zniszczone podeszwy starych butów oraz gumę samochodowych opon. Leżą na wyschniętym podłożu wśród ziarenek pszenicy, przygniecione i zakurzone, i choć czasem jest im przykro, że nikt nie zwraca na nie uwagi, nie przestają kąpać się w promieniach słońca.

Kiedy jadę rowerem, mogę dostrzec każde z nich. Formują widzialny-niewidzialny kierunek, ku któremu intuicyjnie zmierzają moje nogi, podczas gdy ja sama nie wiem, który zakręt będzie właściwy. Wiatr niesie mnie w stronę miejsca, którego sam poszukuje, nakierowuje serce i nieposłuszny rozum, z każdym dniem poddający się decyzjom pochodzącym z samego środka duszy (zaczyna rozumieć, że nigdy z nimi nie wygra), jednak podmuch ten nigdy nie doprowadził mnie do końca, ponieważ znalezienie krainy poszukiwanej przeze mnie od chwili, gdy zaczęłam oddychać, byłoby wtedy zbyt łatwe, błahe i nieistotne. Wiem, że pewnego dnia ją odnajdę, wystarczy, że wciąż będę wsłuchiwać się w cichy, wiosenny szept strumyka, historie niesione przez brązowo-czerwone, jesienne liście, kształty wyrzeźbionych przez fale muszelek znalezionych nad brzegiem morza, dotyk wzrastających główek nieśmiałych, czystych przebiśniegów czy nawet drżącą ziemię, naznaczoną odciskami kopyt galopujących koni, i ta świadomość dodaje mi skrzydeł. Gdybym tylko miała lżejszy rower, z pewnością uniosłabym się ku kosmosowi.

Jednak w tej chwili jedyną czynnością, najważniejszą i wymagającą poświęcenia, od której zależy całe moje życie, jest naciskanie stopami na zmęczone pedały bordowego roweru. Nie zamierzam się złościć, jeśli z powodu braku sił zwolnię, tak że inni ludzie oraz najwolniejsze stworzenia będą mogły mnie wyprzedzić. Nauczę się być dumną z tego, że wciąż zmierzam przed siebie. Już się uczę.

15 sierpnia 2015

Okulary w kształcie kocich oczu

Nie mam zbyt wielu przyjaciół. Prawdopodobnie z mojej winy. Szczerze mówiąc, czasem odnoszę wrażenie, że jestem całkiem sama, a świat zza przezroczystych szyb okien został stworzony przypadkiem przez jakiegoś wybitnego, tajemniczego artystę i wcale nie wystarczy przekręcić klamkę, by dostać się na drugą stronę. Są tam cienie, pomieszane kolory i niewyraźne plamy. Wydaje mi się, że tkwię w głuchej ciszy otoczona czterema ścianami, a rzeczy, które widzę, tak naprawdę nie istnieją i są jedynie wymysłem mojej wyobraźni. Nawet sen i rzeczywistość zamieniły się rolami – teraz powrót na jawę wywołuje abstrakcyjne odczucia, które kiedyś przypływały, gdy klatka piersiowa unosiła się wolnymi ruchami, a oczy pozostawały zamknięte.

Mam jednak coś, co nie każdemu udaje się odnaleźć i zatrzymać przy sobie na zawsze – Dobrą Wróżkę. Nazywam Ją tak, ponieważ jest zbyt cenna, by zdradzić innym Jej prawdziwe imię. Nosi okulary w kształcie kocich oczu, a Jej naturalne powieki wyglądają, jakby przykryła je delikatna warstwa różowo-brązowego pudru. Boję się, że w chwili nieuwagi lub nadąsania ktoś mógłby mi Ją odebrać i już nigdy Jej nie odzyskam. To do Niej pragnę wysyłać najpiękniejsze uśmiechy, ciepłe pocałunki oraz cichutkie myśli przemykające przez mój umysł. Jest krucha i maleńka, choć dźwiga ciężar ogromnego serca; dobrego, pełnego empatii, odważnego oraz wrażliwego, będącego tarczą dla słabszych, zagubionych dusz. Jej spojrzenie przenika ludzkie kłamstwa i słabości, a dłonie nigdy nie zrobiły nikomu krzywdy. Wokół Niej unosi się aura zaufania. Kiedy patrzę na Jej rozpromienioną twarz, dostrzegam w powietrzu drobinki złocistego pyłku, które opadają na Jej szczupłe ramiona oraz kasztanowe włosy – dlatego tak lśnią w świetle dnia.

Lubię dyskretnie przyglądać się Dobrej Wróżce, gdy owinięta w śnieżnobiały koc, przeciera palcami śpiące oczy. Gdy zjada pospiesznie brzoskwinię i popija ją kawą z mlekiem. Gdy parkuje samochód na podjeździe przed domem i wysiada z pojazdu, prosząc mnie, bym pomogła Jej zabrać zakupy. Gdy opowiada o swoich marzeniach i dekoruje meble oraz kanapy zgodnie z kolorami pór roku, dbając o najmniejsze szczegóły, piecze ciasta z owocami sezonowymi i oddaje każdej czynności cząstkę siebie, kierując się bezwarunkową miłością i troską. Gdy, pomimo wyczerpania, ozdabia prezenty gwiazdkowe i sprawia, że każde święta pozostawiają wzruszające wspomnienia. Gdy podlewa kwiaty w ogrodzie i ubiera czerwoną spódniczkę oraz buty na koturnie. Gdy specjalnie budzi się przed domownikami wczesnym rankiem, by przygotować śniadanie i zawieźć mnie na peron, choć na zewnątrz jest jeszcze ciemno. Gdy zapach Jej grejpfrutowo-pomarańczowego płynu do kąpieli roznosi się po korytarzu. Gdy przytula mnie do siebie i dostrzegam drobiazgi namalowane na Jej skórze, czując ciepło Jej ciała i rytmiczne uderzenia serca. Gdy obniża ton głosu i pyta się, jak minął mój dzień lub cieszy się z moich małych sukcesów. Gdy zimą owija szyję wełnianym szalem, a powietrze sprawia, że szkiełka Jej okularów przez krótki moment są zaparowane. Gdy cierpliwie znosi długie wizyty u lekarzy i troszczy się, robiąc wszystko, by wypędzić moje smutki. Gdy dzielnie pokonuje przeszkody i nigdy się nie poddaje.

Dobra Wróżka poświęciła dla mnie wszystko, a ja zadaję Jej cierpienie. Mówię, że nie pozwolę innym Jej skrzywdzić, a sama ranię Ją swymi słowami. Coraz bardziej się od Niej oddalam, nie pozwalając do siebie dotrzeć, błędnie obciążając Ją winą własnych błędów. Osłabiam silną więź, która między nami powstała i nie doceniam dobra, jakim każdego dnia jestem obdarzana. Tęsknię za czasem, kiedy zachowywałam się inaczej.

Przepraszam. Obiecuję, że się zmienię. Kocham najmocniej.

Pamiętaj

Dzień dobry wszystkim!

Znalazłam ten wpis na jednym z blogów uwielbianych przeze mnie za tematykę, piękne fotografie, przekazywaną energię oraz artykuły, z których wciąż dowiaduję się więcej o świecie i uczę o inspirujących miejscach wypełnionych sztuką – Free People.

Wczoraj, gdy świat już spał, a każda żywa istota wyruszyła w podróż do Krainy Snów, leżałam otulona kołdrą w ciemnym pokoju i wyobraźnią chłonęłam słowa znalezione na tej stronie. Jeden post szczególnie mnie zainteresował, a ponieważ nastał poranek i możemy zacząć dzień od nowa, pozwalając wschodzącemu słońcu przeniknąć jego niewidzialną postać, uznałam, że to doskonała pora, by podzielić się z Wami nietuzinkowym tekstem Anny Flynn.

Bądź ciekawy. Zadawaj pytania. Słuchaj. Pamiętaj o urodzinach. Pamiętaj nazwy miejsc. Pamiętaj rasy psów. Pamiętaj, co czytałeś, jakie filmy zobaczyłeś.

Zapamiętaj swój numer rejestracyjny, numer ubezpieczenia społecznego, numer telefonu, numer paszportu, numer konta. Zapamiętaj poezję.

Bądź uprzejmy. Bądź zamyślony. Bądź spontaniczny.

Bądź bystry. Bądź zabawny.

Pamiętaj nazwy gór, jak zimna była rzeka.

Pamiętaj ceny paliwa. Pamiętaj kolor ręczników w łazience.

Bądź przyjazny. Bądź podekscytowany. Pamiętaj, żeby się uśmiechnąć.

Pamiętaj, że nigdy nie musisz się uśmiechać.

Bądź cichy. Bądź spokojny. Pamiętaj, co zjadłeś i nazwę potrawy, którą zjadłeś.

Bądź pewny siebie.

Bądź szczery.

Pamiętaj numery telefonów. Rób notatki. Pamiętaj, żeby zrobić zdjęcie.

Bądź pewny.

Pamiętaj, skąd pochodzisz.

Bądź słodki. Nie zbyt słodki. Pamiętaj, żeby zadzwonić. Pamiętaj kota wspinającego się po twoim swetrze. Pamiętaj swoją pierwszą przejażdżkę metrem.

Pamiętaj ostatnią kąpiel w jeziorze.

Bądź rozsądny. Pamiętaj ostatni raz, gdy cię zobaczyłam.

Pamiętaj zapach bzów.

Pamiętaj swoje imię. Bądź silny. Bądź odważny.

Pamiętaj, żeby nie przestawać.

Z Dziennika Przygód

Chciałabym się z Wami podzielić kilkunastoma zdaniami, które zapisałam w osobistym Dzienniku Przygód, gdy miałam czternaście, może piętnaście lat (nie było przy nich daty, więc pozostaje mi zgadywać). Ostatnio powróciłam do niego myślami i uśmiechnęłam się szeroko, gdy dotarło do mnie, że dzisiaj posklejałabym je prawie w ten sam sposób, zachowując jego główną myśl i dodając parę „nowych” marzeń, które wpadły mi do głowy od tamtego czasu.

Nadejdzie taki dzień, w którym porzucę wszystkie problemy i złe myśli. Wsiądę do samochodu, zabiorę ze sobą Najlepszego Przyjaciela na Świecie, walizkę z ulubionymi ubraniami i przedmiotami łapiącymi chwile ulotne, i pojadę przed siebie. Bez konkretnego celu. W kieszeni schowam portfel z oszczędnościami oraz paszport, który pomoże mi w pokonywaniu granic. Nie wiem, ile czasu zajmie podróż. Zakończę ją, gdy poczuję się spełniona i zechcę powrócić do ukochanego domu.

Wyruszę naprzód. Moim jedynym pożywieniem będą przydrożne owoce, czekolada oraz wafle ryżowe i kawa, którą znajdę na każdej stacji benzynowej. Czasami zatrzymam się gdzieś na dłużej. Wyciągnę z bagażnika namiot oraz dwa śpiwory – dla Najlepszego Przyjaciela na Świecie i dla mnie. Rozbijemy się nieopodal rzeki lub jeziora, rozpalimy ognisko i poszukamy spadających gwiazd na niebie. Weźmiemy ze sobą gitarę, która potowarzyszy nam podczas letnich, ciepłych wieczorów.

Poznam wielu ludzi, którzy opowiedzą mi o swoim życiu, nauczą miejscowych piosenek i zaprowadzą do miejsc, o których dotychczas mogłam jedynie pomarzyć. Chcąc na zawsze zapamiętać wyjątkowe osoby, poproszę je o inspirujący wpis do Dziennika Przygód oraz wspólne zdjęcie. Zgromadzę także wiele pamiątek z Mojej Podróży Życia; pocztówki, przysmaki, bilety, muszelki, monety, bransoletki czy śmieszne magnesy na lodówkę.

Radio w samochodzie całymi dniami będzie odtwarzać ulubione piosenki Najlepszego Przyjaciela na Świecie i moje. Wspólnie odwiedzimy najwspanialsze zakątki tego świata. Polecimy balonem, zanurkujemy w oceanie u boku największego wieloryba, przeczytamy najmądrzejsze książki w dziejach ludzkości, odkryjemy szczęście, odnajdziemy swoje życiowe cele i poczujemy się wolni… niczym ptaki.

Dla X

Lato dekoruje niebo wstążkami w kolorach różu, pomarańczu oraz fioletu, bawiąc się ich długością i rozrzucając je w błękitno-granatowej przestrzeni, gdzie każdy obłok przybiera inny kształt, a wiatr zaplątuje się w rozbiegane tasiemki i konturuje brzegi chmur, zawiązując supełki w dyskretnych miejscach. Wraz z przemijającymi miesiącami znajomy krajobraz przeobraża się pod wpływem pór roku, a Ty, choć czas trwania dni i nocy skraca się lub wydłuża, nigdy się nie zmieniasz.

Twoja skóra mieni się ciepłymi barwami dojrzałej brzoskwini – czasem jaśnieje, gdy nadchodzi zima, jednak wciąż przywodzi na myśl letnie wieczory, za którymi tęsknisz w dni, kiedy wszystkie znajome rzeczy wydają się niepewne. Drobne usta przypominające kolor policzków, zaróżowionych słowami ciepłych komplementów, poruszają się wraz z każdym cichym westchnieniem i rozbudowanymi zdaniami, które obnażają niskie brzmienie Twojego głosu. Niesforne piegi rozbiegane pod ciemnoczekoladowymi oczami oraz na czubku nosa, brązowe, kręcone włosy, w które wplatają się złociste pasma przekraczające linię smukłych ramion. Twoja twarz lśni jak odbicie księżyca, widoczne na tafli wody w bezchmurną noc.

Uwielbiam Twoje dłonie, delikatne i łagodne, których palce poruszają się z wdziękiem, zatrzymując wspomnienia przez jedno dotknięcie przycisku aparatu, trzymając kubek z ciepłą herbatą z miodem i gładząc skórę kontrastującą z ich własną. Krótkie, bladoróżowe paznokcie, których nie musisz malować, ponieważ to Twoje naturalne ozdoby. Nadgarstek z namalowanymi, bladozielonymi żyłami porusza się wokół własnej osi, dyskretnie operując swym językiem, wypowiedzianym przez ledwo dostrzegalne gesty.

Gdy patrzę na Twoje ciało, odnoszę wrażenie, że każdy jego szczegół został dopracowany do samego końca, nic nie zostało zaniedbane czy pominięte. Ręce i klatka piersiowa łączą się w spójną całość, a plecy rozszerzają się subtelnie w biodrach, podążając ku silnym, długim nogom. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo ich nie lubiłaś. Poprowadziły Cię przez szczyty gór oraz piaszczyste wydmy, wytrzymały długie spacery, jazdy rowerem przez nierówne wzgórza i biegi przez las. Zniosły wszelkie zadrapania, blizny i siniaki, stawiając kroki ku wybranym celom. Szanuj je i swoje ciało – są Twoimi najlepszymi przyjaciółmi.

Jesteś grzmieniem i błyskawicami przed burzą, błękitno-szarym, zimowym morzem, pożółkłymi stronami książek, na których odcisnęły się spody filiżanek z kawą, kolorową jesienią tworzącą pomarańczowo-brązowy dywan z liści, dźwiękami pianina i gitary klasycznej, ukochanymi obrazami Picassa, grubymi swetrami i koszulami w kratę, kliszą zabytkowego aparatu, filmami wzruszającymi i rozśmieszającymi Cię do łez, zorzą polarną wędrującą nad Norwegią, listami wkładanymi do bordowych skrzynek, zapachem mokrej ziemi oraz kwiatów skąpanych w rosie, nocami pod namiotem i głośnym śmiechem, którego echo roznosi się w pustej przestrzeni.

Czasem wydaje mi się, że stajesz się kimś obcym, człowiekiem, którego już nie poznaję i odkrywam od początku, nie nadążając za procesami, które w Tobie zachodzą. Potem jednak przystaję na moment w miejscu i zaczynam rozumieć, że chyba całkiem dobrze Cię znam…

Przepraszam, że tak zwlekałam z zamieszczeniem czegoś na blogu. Zabierałam się do tego wpisu od długiego czasu, ale nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, by w pełni zadowolić się tym, co stworzyłam. Nie tylko z powodu, że uchodzę za perfekcjonistkę, ale także dlatego, że podjęłam wyzwanie, by docenić samą siebie i opisać ją tak, jakbym mówiła o ukochanej osobie lub naturze, którą nieustannie się zachwycam. Odłożenie samokrytyki na bok i odkrycie w sobie czegoś wyjątkowego to chyba najtrudniejsze zadanie, z jakim przyszło mi się zmierzyć, dlatego polecam każdemu z Was, żebyście spróbowali napisać autoportret, który przedstawi Was jako swoich najbliższych przyjaciół i lojalnych powierników życiowych zmagań i chwil radości. Kto wie – może dzięki temu zauważycie drobiazgi czyniące Was niepowtarzalnymi i jedynymi w swoim rodzaju?

Dobre dni

Mam ostatnio dziwny nastrój. Kiedy rano otwieram oczy, leżąc wtulona w świeżą, miękką pościel, i czuję chłodne powietrze głaszczące mnie po policzku (ostatnio temperatura trochę spadła), wydaje mi się, że czeka mnie naprawdę dobry dzień. Wstaję, idę w piżamie do kuchni i przygotowuję sobie ulubione śniadanie (ciemny chleb z awokado zdobył moje serce), które sprawia, że uśmiecham się z aprobatą, wyłapując z otoczenia małe powody do radości i próbując wyzwolić z siebie pozytywną energię. Popołudniowe godziny mijają bardzo szybko, pochłonięte przez filmy (w te wakacje nadrabiam produkcje nominowane do Oscara), książki, pisanie oraz jazdę na rowerze, która umożliwia wyzbycie się toksycznych emocji. Wieczory emanują spokojem; w umyśle pojawia się mnóstwo pytań retorycznych i długich przemyśleń, gdzieś w tle słychać rżenie koni mieszkających w stajni tuż za moim oknem, w pokoju rozbrzmiewają łagodne melodie kojących nerwy utworów, przygotowanych specjalnie na milczące wieczory.

Rzeczywiście, każdy z tych dni jest dobry. Może nawet czasem tego nie zauważam, skupiając się tylko na negatywnych wydarzeniach, krzywych minach, zbyt głośnym tonie głosu i przykrych słowach. Jednak ukrywanie się pod miękkim kocem w kącie zaciemnionego pomieszczenia, rozczochrane włosy i łzy przestają być tak istotne, gdy powietrze wyszeptuje do ucha historie o czyjejś pierwszej miłości, spełnionym marzeniu, książce, która poruszyła uśpione serce, komecie przelatującej nad Ziemią, żółwiach wykluwających się z jajeczek i biegnących do Oceanu Atlantyckiego na Wschodnim Wybrzeżu, człowieku odbywającym podróż dookoła świata czy ośmiu milionach płatków kwiatów, które wybuchły z wulkanu Irazú na Kostaryce, przykrywając całą wioskę. Smutek nie ma wtedy znaczenia.

Mogłabym pisać o czynach kierowanych nienawiścią, odbieraniu i niszczeniu tego, co nie należy do ludzi, krzywdzie oraz bólu, jakie zadają ostre słowa i dotkliwe czyny. Gdziekolwiek spojrzę, ze wszystkich stron nadchodzą fale wiadomości, niosące przeraźliwe opowieści i czekające na okazję, by rozpuścić kruche 36 i 6 stopni Celsjusza pośród nich. Śledzą ludzi niczym duchy i choć zbyt często pozwalam im sobą zawładnąć, nigdy nie pozwolę poddać wątpliwości myśli, że świat jest dobrym i pięknym miejscem – niedoskonałym, ale prawdziwym. I naszym.

PS Osiem milionów płatków kwiatów naprawdę wybuchło z wulkanu. Dwa lata temu firma Sony stworzyła reklamę, w której delikatne płatki unoszone przez wiatr lecą nad wzgórzami i ulicami jednej z miejscowości na Kostaryce, wypełniając ją kolorami i tworząc bajkowy krajobraz. Nie martwcie się – żadna roślina nie ucierpiała, ponieważ nie były prawdziwe. Możecie dowiedzieć się więcej tutaj: Flower Petals Explode Like A Volcano Over Town In Costa Rica.

slide_344507_3590875_free

slide_344507_3590877_free

zdjęcia: Nick Meek