Ostatnio zamieszczone

Drzwi z gałką

Dzisiaj zauważyłam, że czasami otwieram oczy i pierwszą rzeczą, którą czuję po zaczerpnięciu świadomego oddechu po nocy spędzonej w obcym świecie jest ból w skroniach. Powinnam przestać się opierać i w końcu wprowadzić kilka minut medytowania na stałe do moich poranków. Kiedyś całkiem dobrze mi szło; zauważałam tykanie zegarka, machnięcia końskich ogonów za oknem i łagodne ruchy klatki piersiowej. Dzisiejszy dzień z lękiem dobiega końca, więc pozwólcie, że cofnę się w czasie o 20 dni, 21 godzin i 2 minuty, żeby pomyśleć sobie o czymś bardzo przyjemnym.

Domy miały różne kolory. Biel i żywopłoty kontrastowały z pastelowymi budowlami o wąskich ścianach i drzwiach z gałką. W południowej dzielnicy białe okiennice na tle czerwonej cegły mieniły się w słońcu. Naprzeciwko stał stary mercedes z czarnymi literami na żółtym tle. Podobały mi się nieprzycięte krzewy i gałęzie oplatające balkony oraz doniczki na parapetach.

Co powinnam zapamiętać: pains aux raisins, drzewka oliwne w ogrodach, przyjazna kobieta w metrze, która wskazała nam drogę i powiedziała, żebyśmy poszły pieszo („to pięć minut stąd!”) i zaoszczędziły trochę pieniędzy, złota latte z łanem pszenicy, cytrynowe ciasto z makiem, ojcowski głos mężczyzny w kamizelce, wiewiórka na drzewie spoglądająca w obiektyw, stacja kosmiczna na okładce książki z krótkimi opowieściami dla marzycieli, marszczenia sukienki i przebieganie przez ulice.

Już mi lepiej.

Reklamy

Jednak lubię ubrania w groszki

Dzisiaj zauważyłam spokój i rozkojarzenie, które rywalizowały między sobą o przejęcie kontroli gdzieś w głębi mojej podświadomości. Każda godzina dnia rozpoczynała się innym uczuciem, nawet gdy dookoła nie zaszło zbyt wiele znaczących zmian. Co było inne: maliny zastąpiły truskawki w owsiance, niebo miało szary kolor (nie jasnobłękitny), przeziębiłam się, zimowe ubrania w końcu zamieniły się z letnimi miejscem w szafie, a rażący po oczach napis „oczekiwanie na zatwierdzenie” przekształcił się w „zatwierdzone”, oszczędzając mi dodatkowych nerwów.

Niepoukładane spostrzeżenia z ostatnich ośmiu dni:

1. Ostatnio powróciłam do książki o badaniach nad ekstrawertykami i introwertykami i nie mogę wyjść z podziwu nad potęgą ludzkiego umysłu i wpływem poszczególnych elementów budowy mózgu na naturę człowieka.

2. Widziałam małego jelonka z bardzo długimi uszami. Przebiegał przez polną drogę i schował się w dojrzewającej pszenicy, która nie była zbyt wysoka, żeby służyć jako dobre miejsce na kryjówkę. Po chwili zatrzymał się i odwrócił głowę, żeby sprawdzić, czy za nim podążam i wtedy jego uszy kompletnie go zdradziły. Czy wspominałam kiedyś, że całkiem dużo osób nazywa mnie „jelonkiem”?

3. Jednak lubię ubrania w groszki.

4. Brak sztuki i artystycznego wyrażania siebie to brak powietrza i nie rozumiem, dlaczego dopuszczam jakiekolwiek przerwy od pisania, wiedząc, że ma lecznicze działanie i powinno być zażywane częściej niż lekarstwa na tarczycę.

5. Nie mogę się zdecydować, którego języka obcego nauczę się w następnej kolejności.

6. Ludzie postrzegają mnie jako spokojną osobę o opanowanym tonie głosu. Bardzo to doceniam, bo kiedy zbyt często martwię się o błahe sprawy i czuję, jakby wszystko wypadało mi z rąk, świadomość, że ktoś dostrzega ten pierwotny, surowy składnik mojego „ja” dodaje mi otuchy.

7. Lubię pisać na odwrocie zużytych kopert na listy i prawie przeczytanych czasopism, bo stają się wtedy bardziej… moje.

8. Jak dobrze, że hamaki istnieją.

Prostopadłe linie

Dzisiaj zauważyłam samolot przelatujący nad moim domem. Siedziałam pod parasolem na tarasie, gdy głośny dźwięk stłumił melodie, do których jestem przyzwyczajona, zakłócając „naturalną kolej rzeczy”. Na chwilę zamilkły ptaki i wiatr szumiący między roślinami. Nie usłyszałam samochodów na drodze ani rozmów niedzielnych spacerowiczów, a głos mojego trzyletniego sąsiada zniknął między huczącymi, stalowymi silnikami.

Są takie dni, kiedy białe szlaki na niebie nad tarasem przecinają się, tworząc nierówną kratkę lub prostopadłe linie. Zawsze próbuję określić, w którym kierunku zmierzają samoloty, które je zostawiają, a później dopisuję własny plan podróży według osobistych upodobań. Przykładowo: samolot, który leciał na północ, wyląduje na lotnisku w Sztokholmie, skąd niektórzy jego pasażerowie przesiądą się do innej maszyny, która zabierze ich na zachodnie wybrzeże Kanady. Tamte dwie kreski biegnące ku południowemu wschodowi wskazują na niedawny start samolotu w stronę australijskiej zimy i nowozelandzkiej zieleni. Wzniósł się między chmury o piętnastej trzydzieści w poniedziałek i dotrze do Nowej Południowej Walii we wtorek wieczorem. Na pokładzie znajduje się włoska aktorka sącząca wino w pierwszej klasie, studenci biorący udział w wymianie zagranicznej oraz pies chrapiący na kolanach właściciela. Może podczas ich pobytu na kontynencie uda im się dostrzec wieloryby przepływające wzdłuż wybrzeża – słyszałam, że rozpoczął się sezon na piękne spotkania.

Spędziłam w powietrzu zaledwie trzy godziny, podczas których siedziałam przylepiona do szyby okna, próbując ogarnąć wzrokiem biały puch pode mną i zrozumieć sercem połączenia między zjawiskami w przyrodzie a elementami osobowości ludzkiej, które, moim zdaniem, stapiają się w płynną całość. Trzy godziny to niewiele w porównaniu do minut przewędrowanych przez wskazówki zegara przez ostatnie dwadzieścia lat i czuję, że musiałabym wznieść się w czasoprzestrzeń nad ziemią i w niej zawisnąć, żeby odnaleźć zagubione fragmenty tej całości i jeszcze raz je do siebie przyłączyć.

Stary van i migoczące żarówki

Dzisiaj zauważyłam, że światło lampek zawieszonych na tujach w ogrodzie ma miodowy odcień i przypomina mi o zeszłych wakacjach na kempingu, kiedy późnym wieczorem na polu obok naszego namiotu zaparkował stary van. Jego właściciele – młodzi Holendrzy – rozwiesili sznur białych żarówek między drzewami, gdzie umiejscowili stolik, na którym stały szklane kieliszki wraz z butelką wina i talerze z kolacją. Pamiętam, że przypatrywałam im się z tęsknotą za czymś, czego nawet jeszcze nie doświadczyłam i może to migotanie światełek wprowadziło mnie w marzycielski nastrój, ale w tamtej chwili uwierzyłam, że jestem świadkiem czegoś magicznego. (Zabawny zwrot akcji: kiedy kładłam się spać tamtej nocy, nie mogłam zasnąć, bo moi sąsiedzi co parę minut zamaszyście otwierali i zamykali drzwi od pojazdu. Usprawiedliwiłam ich tym, że późno dotarli na miejsce, a ja przykuwałam zbyt dużą uwagę do „hałasu”.)

Dzisiaj zauważyłam uśmiech i włosy sprzedawcy lodów zza lady. Pomyślałam, że ma włoską urodę, ponieważ długie kosmyki nad jego czołem skojarzyły mi się z postacią z południowoeuropejskiego filmu.

Dzisiaj zauważyłam, że szarlotka w przezroczystym naczyniu wyglądała tak samo jak ta, którą robi mama.

Dzisiaj zauważyłam, że zaniedbany balkon nad budynkiem z jasnej cegły miał potencjał, by stać się piękną dekoracją z zielonymi roślinami i doniczkami, z których mogłyby wylewać się czerwone płatki kwiatów.

Dzisiaj zauważyłam, że czasami na siłę próbuję uciec, gdy w głębi duszy wiem, że chcę zostać. Czuję się spokojna i szczęśliwa, kiedy kolejny plan opuszczenia miejsca, w którym się znajduję, znów się nie udaje i mogę odetchnąć z ulgą. Czasami potrzebuję mocnego zderzenia ze ścianą, żeby się otrząsnąć. Na początku uronię parę łez, ale chwilę później zacznę głośno się śmiać.

Cierpliwość

Dzisiaj zauważyłam płatki owsiane rumieniące się w niebieskim naczyniu w piekarniku. Licznik wskazywał, że pozostało jeszcze 8 minut do momentu, gdy śniadanie miało być gotowe, ale nie miałam ochoty zająć się w tamtej chwili czymś innym, co mogłoby rozproszyć moją uwagę, więc stałam naprzeciwko rozgrzanej szyby ze wzrokiem wlepionym w kawałki gruszki miękczące pod chrupiącą kruszonką.

Po upływie czterech minut uchyliłam drzwi od piekarnika i zderzyłam się z falą ciepła, która zaparowała moje okulary. Szczerze mówiąc, wcześniej trochę narzekałam na prognozy pogody, które zapowiadały duży wzrost temperatury, ale teraz jestem za nie wdzięczna, bo porównując je do 180 stopni, w których przygotowywało się najpyszniejsze śniadanie na świecie (w obecnej rzeczywistości), pomyślałam, że to żaden kłopot.

Nie wytrzymałam czekania, więc otworzyłam pudełko z pestkami dyni z nadzieją, że ich smak załagodzi moją niecierpliwość. Kiedy kolor płatków owsianych wreszcie zaczął przypominać barwę dojrzałych łanów pszenicy, w kuchni rozległo się pikanie, które wydało mi się najradośniejszą melodią tego poranka. Moje słodkie arcydzieło przeniknęło aromatem miodu, masła orzechowego i cynamonu, co może oznaczać tylko jedno: dobrze rozpoczęłam dzień.

Role i eksperymenty

Dzisiaj zauważyłam, że moje włosy skręciły się mocniej niż zwykle, co sprawiło, że wydawały się o parę centymetrów krótsze. Ostatnio trochę się na nie obraziłam i chciałam, żeby były proste i gładkie w dotyku, więc zaczęłam je prostować i choć osiągnęłam zamierzony efekt, poczułam się, jakby nie należały już do mnie.

Miały ten sam kolor i wciąż lśniły w świetle słonecznym, jednak straciły lekkość i tę niesforność, która nadawała im charakteru. Przylegały posłusznie do szyi oraz skóry za moimi uszami i, widząc je w odbiciu w lustrze, stwierdziłam, że wyglądamy dojrzalej, nawet jeśli nie do końca wiem, co to ma oznaczać.

Nie jestem typem, który się podporządkowuje i odgrywa rolę dla kogoś innego, choć potrafię zmieniać postać, żeby pokazać swoje różne oblicza. Może dlatego zapragnęłam eksperymentów z włosami i ostatecznie zatęskniłam za pierwotną formą, ponieważ dziwnie jest mi podejmować próby okiełznania roztańczonych kosmyków dookoła mojej głowy, gdy sama nie należę do oswojonego gatunku.

Obserwując, jak loki kształtują się na wysokości mojego podbródka, zrozumiałam, że takie właśnie powinny być.

Konstelacje

Jest takie miejsce, gdzie nauczyłam się rozpoznawać dwa gwiazdozbiory. Teraz, kiedy nadarza się okazja, próbuję odnaleźć je na nocnym niebie. Fascynuje mnie, jak zmieniają położenie w zależności od tego, z której szerokości geograficznej Ziemi na nie spoglądam – czasami znajdują się tuż nad moją głową, a czasem odpływają gdzieś, gdzie nie mogę ich dostrzec. Można by pomyśleć, że znajomość dwóch konstelacji to nic specjalnego, ale ja szczycę się tą wiedzą, bo posiadanie lojalnych przyjaciół pośród ciał niebieskich zbliża mnie do kosmosu i zwiększa prawdopodobieństwo ujrzenia spadających gwiazd, które poprzednio wiele razy spełniały moje życzenia.

Kiedyś wydawało mi się, że potrzebuję kogoś z zewnątrz, żeby przyszedł i usiadł na brzegu skrzypiącego łóżka, jednak im więcej mówiłam, tym bardziej dźwięk rozbiegał się po kątach, powieki przymykały się (ze znudzenia?), a słowa dobierane z niezwykłą starannością stapiały się z kolorem ścian. Jaki jest sens mówienia do kogoś, kto już dawno przygotował odpowiedź, nie słysząc nawet zakończenia historii? Dlaczego odpowiedzi na cudze opinie formują się już w połowie wytłumaczenia, ignorując sens wypowiedzi? Nie chcę tak rozmawiać, więc poprosiłam o wstanie z łóżka (doszłam do wniosku, że zbyt głośno skrzypi, gdy ktoś siada na krawędzi), zamknęłam drzwi i wyrzuciłam klucz.

Smucę się, gdy ktoś nazywa przyjaciółmi ludzi, których zna zaledwie parę miesięcy, jakby słowo „przyjaźń” nie wyrażało już nic specjalnego, nie było dla nikogo wyróżnieniem ani symbolem głębszej relacji, która dla mnie zawsze wydawała się czymś niezwykłym, bo docierała tam, gdzie ktoś zwyczajny nie miał wstępu. Była akceptująca i prywatna – tak jak te dwa gwiazdozbiory, o których istnieniu już wiecie, jednak nie poznaliście ich imion, ponieważ uznałam, że dzielenie się naszą wspólną historią naruszyłoby więź, która umacniała się przez wiele lat.

Burza

Biegłam i złapał mnie deszcz. Przemokły mi ubrania, włosy przykleiły się do czoła, a krople wody rozmyły świat, spływając po szkle moich okularów. Nad spiczastymi koronami świerków zagrzmiało i błyskawica wyglądająca jak sieć pająka przeszyła niebo. Gdy zwiększyłam tempo, pomyślałam, że dobrze mieć jakieś zewnętrzne bodźce, które przypominają mi, że czuję i jestem żywa. Wdychałam je jak powietrze, pozwalając im wypełnić moje płuca i przedostać się do układu nerwowego, by czubki moich palców roziskrzyły się pod wpływem nowej energii, wywołując drugą burzę: tę wewnątrz mnie.

Potrzebuję sygnałów, że to wszystko jest prawdziwe. Obracam nadgarstkiem, przyglądając się zaróżowionej skórze, i zakładam włosy za ucho, nie wierząc, że istnieję naprawdę. Zimny dotyk dłoni na rozgrzanych policzkach pozwala mi tu być i jednocześnie nie zapominać, że jestem duszą w ciele, które pomaga mi wpasować się jako niewielki element w konstrukcję materialnego świata.

Chcę nie czuć nóg ze zmęczenia i wycierać twarz z łez wzruszenia. Mrużyć oczy przed światłem i tracić oddech od śmiechu. Umierać z tęsknoty i tańczyć z głową zwróconą ku gwiazdom. Nie spać przez całą noc i mieć gęsią skórkę, która zmusza do owinięcia się kocem. Słuchać ludzi i zapamiętywać ich historie, wplątując w nie moje własne. Ufać, cierpieć, kochać i doceniać. Zanurzać się w zapachu kwiatów, biec leśnymi ścieżkami, malować pędzlem z syntetyczną końcówką i mieć wątpliwości. Żyć.

Wszystko TAMTO

Pracujesz na coś przez ponad rok, mając w myślach wyraźny obraz miejsca, w którym chciałabyś być. Choć rozumiesz, że nic nie jest pewne i opiera się na (dużej) odrobinie szczęścia, wymykasz się tam w wolnych chwilach, kolekcjonując wspomnienia, które nawet jeszcze nie doszły do skutku. Spacerujesz TAMTYMI ulicami, spotykasz TAMTYCH ludzi, jesz śniadania w TAMTYCH kawiarniach, uczysz się w TAMTYCH bibliotekach. I nagle… twoje wyobrażenie się rozpływa. Asfaltowe ulice pękają, ludzie stają się anonimowi, kawiarnie zamykają drzwi, a regały w bibliotekach pustoszeją. TAMTE, żywe obrazy powracają do nieznanej przyszłości, kiedy wydawało mi się, że znajdowały się tuż na jej brzegu, gdzie mogłam je ujrzeć i dotknąć czubkiem palca. Nie będę kłamać, że nie posyłam im tęsknego spojrzenia, bo, mówiąc szczerze, ich nieobecność kłuje mnie w serce.

Nie napiszę, że moje marzenie się nie spełniło – raczej zawisło gdzieś w czasoprzestrzeni, gdzie cenne minuty spotkania z nim rozpoczynają się i kończą zarazem. Może pominęłam jakiś ważny szczegół i muszę jeszcze trochę poczekać. Gdy emocje nieustannie się plączą i wydaje się, że wszystko się skończyło, trzeba spróbować jeszcze raz.

Teraz próbuję wyobrazić sobie siebie w innym miejscu. Jest tam piękna brama, białe budynki i kwitnące kwiaty magnolii. Wiosną błyszczy się zielenią, która ozdabia chodniki oraz duży park, a nieopodal znajduje się restauracja, w której kiedyś zjadłam przepyszną zupę krem. W tle słychać języki świata, które spotykają się na polskich skrzyżowaniach, a kanapa z odsłoniętymi nogami w ukochanym sklepie papierniczym stoi na drewnianej podłodze pod oknem, gdzie zamierzam przesiadywać w deszczowe dni.

Przez chwilę myślę, że rzeczywiście mogłabym tam być.

Orzech laskowy między skręconymi pasmami moich włosów

„Uspokajam się w otoczeniu błękitnego morza lub słuchając śpiewu wielorybów, który działa na mnie kojąco. Zbuduję dom swoich marzeń na plaży, w otoczeniu białych budowli i małego portu, aby podczas każdego wschodu słońca móc zerkać w jego stronę i spoglądać na swobodnie unoszące się na falach żaglówki.”

Kiedy byłam mała, twierdziłam, że wiatr w Moim Miejscu ma słony smak.

Spienione fale uderzają o brzeg.

Ciepły piasek łaskocze mnie w stopy.

Turkus spotyka szmaragdową zieleń.

Tam, lniany materiał chronił skórę przed słońcem, które wplatało jaśniejsze odcienie orzecha laskowego między skręcone pasma moich włosów. Sok tropikalnych owoców spływał po zaróżowionym uśmiechu, pozostawiając słodkie plamy w kącikach ust. Maleńkie żółwie wylęgały się na pustej plaży i udawały się na pierwszy spacer do domu, który dla mnie był nieodkrytym, magicznym miejscem, gdzie ciało traciło swój ciężar, a oczy napotykały tysiące nieznajomych kształtów. Chciałam tam wracać.

Później poznałam miasto.

Muzyka klasyczna i alternatywna mówiły sobie „dzień dobry” na skrzyżowaniu.

Wyrazisty zapach kawy mieszał się ze słodyczą świeżych wypieków.

Elegancki płaszcz znikał za drzwiami metra.

Teraz nie jestem pewna, czy Moje Miejsce to kamienica w wielkiej metropolii, gdzie kontrasty chodzą parami, a ja podziwiam światła zza okien kawalerki, czy drewniany domek niedaleko plaży i muszelek o zaokrąglonych brzegach. Nie wiem, czy chcę wsłuchiwać się w szum betonowych ulic, czy strzepywać skrystalizowaną sól z palców. Czasami za bardzo upieram się przy zimie, gdy tęsknię za latem.

„O czym śpiewają wieloryby?” wciąż zastanawiam się, gdy wsłuchuję się w ich rozmowy. Za oknem panuje już noc, a ja wyobrażam sobie, że unoszę się pod powierzchnią wody, choć tak naprawdę leżę ze słuchawkami w uszach i próbuję rozszyfrować wiadomości, które sobie przesyłają. Gdy zamykam oczy, widzę, jak pełne radości wykonują piruety i powolnie mrużą powieki, jakby poświęcały dodatkowe sekundy na docenienie swojego szczęścia. Ich łagodne głosy przenikają podwodną ciszę i roznoszą się echem między falami oceanu, zaprowadzając spokój.