All posts filed under: Marzyciel

Zorza polarna

Wczoraj pola, łąki i ulice pokrył biały puch spadający z nieba. Myślę, że to kawałki chmur, które przypadkiem się od nich oderwały i opadły na ziemię, choć wiem, że teoria naukowa brzmi zupełnie inaczej. Nie udało mi się jednak nacieszyć widokiem czystych płatków śniegu, ponieważ dzisiaj po przebudzeniu i szybkim zerknięciu przez okno ujrzałam w paru miejscach drobne listki zielonej trawy. Delikatne śnieżynki ponownie zamieniły się w wodę, a ich miejsce zajęła biała jak mleko mgła oplatająca domy na ulicy. Matka natura niezwykle ciężko pracuje, by o każdej porze dnia i nocy zachwycać pięknem otaczającego świata. Każdy kwiat posiada swój własny, niepowtarzalny zapach, każde drzewo zbudowane jest z innej kory. Czasem wydaje mi się, że nie potrafię tego docenić. Kiedyś pojadę do Norwegii, by ujrzeć zorzę polarną. Pewnej zimnej nocy położę się na skrzypiącym śniegu i z iskierkami nadziei w oczach spojrzę w nieskończoną ilość migoczących gwiazd… znajdę ją właśnie tam. Marzę o tym od czasu, gdy obejrzałam w telewizji program, w którym znana postać zobaczyła to cudowne zjawisko na własne oczy. Wyobrażacie sobie, jak …

Sala odlotów

Na parkingu przed lotniskiem panuje spokój, który co jakiś czas zostaje zakłócony przez wjeżdżające samochody oraz ludzi ciągnących za sobą czarne walizki na małych kółkach. Pod dachem, tuż obok drzwi, które automatycznie się otwierają, stoją ludzie palący papierosy. Jeden z mężczyzn dyskretnie ociera rękawem kurtki łzy, które przypadkiem spłynęły po jego zaczerwienionych od zimna policzkach i ucieka wzrokiem przed przyglądającymi się przechodniami. Odchodzi w odwrotnym kierunku, zakłada kaptur na odkrytą głowę. To ostatni raz, gdy go widzę. Wchodzę do środka. Z lewej strony ciągnie się pas kafejek, biur podróży oraz stoisk z informacjami o odlotach. Przed nimi sprawnie działają ruchome schody, a także znajdują się drewniane rzeźby przedstawiające Boże Narodzenie. Na ścianach widnieją telewizory, które wyświetlają prawidłowy proces przechodzenia przez bramki na lotnisku. Podchodzę z uśmiechem. Kolejka idzie naprzód, brakuje już dla mnie miejsca. Patrzę w oczy, podaję dłoń i mówię „cześć”, a następnie oddalam się i wjeżdżam po ruchomych schodach na górę, gdzie znajduje się punkt widokowy. Ostatni raz odwracam głowę i spoglądam w tę stronę, a obraz nagle traci swą wyrazistość. Mija godzina. …

Rower

Albert Einstein powiedział, że życie jest jak jazda na rowerze – aby utrzymać równowagę, musisz wciąż poruszać się naprzód. Jestem prawie pewna, że żadne słowa nie poruszyły mnie nigdy w podobny sposób. Gdy słońce powoli przybiera wyraźną, pomarańczową barwę, kolory nieba podkreślają jego piękno różowym odcieniem, przypominającym watę cukrową, a powietrze ochładza się i głaszcze delikatnie po policzku, łaskocząc najwrażliwsze miejsca skóry, przemierzam rowerem dziurawą, polną drogę, ukrytą pod rozłożystymi, jaskrawozielonymi koronami drzew. O tej porze roku złote łany zbóż tworzą sierpniowy, magiczny dywan, rozwinięty wzdłuż twardych kamieni, dostępny dla wszystkich, niezależnie od tego, kim są. Mogą dostąpić najwspanialszego zaszczytu lata, jednak pomimo rażącego w oczy piękna, złociste, leżące na ziemi łodyżki każdego dnia deptane są bez większej uwagi przez zniszczone podeszwy starych butów oraz gumę samochodowych opon. Leżą na wyschniętym podłożu wśród ziarenek pszenicy, przygniecione i zakurzone, i choć czasem jest im przykro, że nikt nie zwraca na nie uwagi, nie przestają kąpać się w promieniach słońca. Kiedy jadę rowerem, mogę dostrzec każde z nich. Formują widzialny-niewidzialny kierunek, ku któremu intuicyjnie zmierzają moje nogi, …

Z Dziennika Przygód

Chciałabym się z Wami podzielić kilkunastoma zdaniami, które zapisałam w osobistym Dzienniku Przygód, gdy miałam czternaście, może piętnaście lat (nie było przy nich daty, więc pozostaje mi zgadywać). Ostatnio powróciłam do niego myślami i uśmiechnęłam się szeroko, gdy dotarło do mnie, że dzisiaj posklejałabym je prawie w ten sam sposób, zachowując jego główną myśl i dodając parę „nowych” marzeń, które wpadły mi do głowy od tamtego czasu. Nadejdzie taki dzień, w którym porzucę wszystkie problemy i złe myśli. Wsiądę do samochodu, zabiorę ze sobą Najlepszego Przyjaciela na Świecie, walizkę z ulubionymi ubraniami i przedmiotami łapiącymi chwile ulotne, i pojadę przed siebie. Bez konkretnego celu. W kieszeni schowam portfel z oszczędnościami oraz paszport, który pomoże mi w pokonywaniu granic. Nie wiem, ile czasu zajmie podróż. Zakończę ją, gdy poczuję się spełniona i zechcę powrócić do ukochanego domu. Wyruszę naprzód. Moim jedynym pożywieniem będą przydrożne owoce, czekolada oraz wafle ryżowe i kawa, którą znajdę na każdej stacji benzynowej. Czasami zatrzymam się gdzieś na dłużej. Wyciągnę z bagażnika namiot oraz dwa śpiwory – dla Najlepszego Przyjaciela na Świecie i dla mnie. Rozbijemy się nieopodal …

Dobre dni

Mam ostatnio dziwny nastrój. Kiedy rano otwieram oczy, leżąc wtulona w świeżą, miękką pościel, i czuję chłodne powietrze głaszczące mnie po policzku (ostatnio temperatura trochę spadła), wydaje mi się, że czeka mnie naprawdę dobry dzień. Wstaję, idę w piżamie do kuchni i przygotowuję sobie ulubione śniadanie (ciemny chleb z awokado zdobył moje serce), które sprawia, że uśmiecham się z aprobatą, wyłapując z otoczenia małe powody do radości i próbując wyzwolić z siebie pozytywną energię. Popołudniowe godziny mijają bardzo szybko, pochłonięte przez filmy (w te wakacje nadrabiam produkcje nominowane do Oscara), książki, pisanie oraz jazdę na rowerze, która umożliwia wyzbycie się toksycznych emocji. Wieczory emanują spokojem; w umyśle pojawia się mnóstwo pytań retorycznych i długich przemyśleń, gdzieś w tle słychać rżenie koni mieszkających w stajni tuż za moim oknem, w pokoju rozbrzmiewają łagodne melodie kojących nerwy utworów, przygotowanych specjalnie na milczące wieczory. Rzeczywiście, każdy z tych dni jest dobry. Może nawet czasem tego nie zauważam, skupiając się tylko na negatywnych wydarzeniach, krzywych minach, zbyt głośnym tonie głosu i przykrych słowach. Jednak ukrywanie się pod miękkim kocem w kącie zaciemnionego pomieszczenia, rozczochrane …

Zmysły

Pluviophile (n.) a lover of rain; someone who finds joy and peace of mind during rainy days. Deszcz można zobaczyć – to całkiem proste. Często próbuje się ukryć, wpadając do leśnego strumyka, malując na jego powierzchni kręgi zamieniające się w drgające fale tańczące wraz z subtelnym, prawie niewidocznym ruchem skrzydeł motyli przeczekujących ulewę pod spodami soczystozielonych liści. Wyrywa z zamyślenia niezapominajki, pierwiosnki i kaczeńce i wkrada się do wnętrza białych chmur, łaskocząc je kolorami szarości, tak jak błękitno-granatowe akwarele na pędzelku zanurzonym w szklance wody przenikają ją pastelowymi barwami. Mknie po łodygach kwiatów, wyszeptuje tajemnice w ich zaróżowione płatki i spoczywa na cienkich nitkach pajęczyn, a przez jego nieskazitelne kropelki przedostają się promienie słońca, tworząc tęczowe witraże. Deszcz można usłyszeć. W zależności od podłoża, w które uderza, zmienia wysokość dźwięków, ich głębię, nawet czas trwania – czasem roznosi się echem, innym razem szybko ucicha, ustępując pozostałym muzykom, którymi dyryguje Matka Natura. Jest odzwierciedleniem pianina; jego brzmienie przywodzi na myśl instrument stojący samotnie w pustym pokoju, gdzie okiennice zostały zasłonięte prostymi, grafitowymi firanami, przez które przechodzi ciepła smuga światła. Krople deszczu …

Spacer o zachodzie słońca

W rozpiętych butach, delikatnie narzuconym na plecy płaszczu i krzywych okularach na nosie, przemierzam pustą ulicę o zachodzie słońca. Słyszę śpiew ptaków dochodzący z koron starych drzew, które rosną nieopodal mojego domu. Dostrzegam doskonałe niedoskonałości świata: brudną, ciemnobrązową ziemię, tak bardzo niedocenianą, stanowiącą podstawę funkcjonowania życia, wschodzącą trawę, biedronki zbudzone ze snu odrobinę za wcześnie oraz nieskończone niebo, które tego popołudnia nieznany artysta pomalował pastelowymi kolorami, stworzonymi przez siebie z mieszanin posiadanych farb. Powietrze jest chłodne, przyjemne i orzeźwiające. Wdziera się w moje płuca i oczyszcza je z ciężkich zmartwień, przez które zostaliśmy zmuszeni do stąpania po podłożu, choć gdyby nie one, moglibyśmy latać. Czy jednak dotykanie materii jest aż tak złe? Nigdy, przenigdy nie zrezygnuję z uczucia, które przepływa przez całe ciało, gdy moje pięty zapadają się w nadmorskim piasku i już tylko czubki palców przypominają mi o tym, że wciąż tam są. Tutaj, gdzie mieszkam, nie ma morza jako zbiornika z wodą. Pojawiają się morza „przejściowe”, które przybywają wraz z porami roku. Istnieje morze złotej pszenicy. Morze mgły. Morze będące domem dla stada …

Za tych, co szaleni

Minęła już północ. Wszyscy poszli spać, księżyc wzniósł się wysoko nad czubkami drapaczy chmur, a ulice opustoszały, ustępując kojącej ciszy, którą od czasu do czasu przerywa brzęczenie starej sygnalizacji świetlnej. To jedna z tych nocy, gdy krucha, najcenniejsza cząstka duszy czerpie energię z kołyszących się ruchów powietrza, oczyszcza zabrudzone wnętrze ze zbytecznych kłamstw trafiających tam przez pomyłkę i odważnie próbuje wydostać się na zewnątrz, wprowadzając ciało w stan nadludzkiego spokoju, równowagi i skupienia, przypominając o prawdziwym, najważniejszym „ja”. Nie śpię. Nie mogę. Tak, jestem obecna tutaj, nawet bardziej niż kiedykolwiek. Słyszę rytmiczne uderzenia serca, niezauważalnie poruszam palcami, by dotknąć gładkich, miejscami lekko wyschniętych dłoni, nawet opieram się plecami o poduszki, na których odcisnął się kształt mojego kręgosłupa. Czuję, jak z każdym pełnym oddechem tworząca mnie materia woła z utęsknieniem, przypomina, gdzie przynależy, jakie jest jej przeznaczenie, ze wszystkich sił próbuje połączyć się z miejscem, w którym znajduje się jej dom. Skąd bierze się to niezwykłe uczucie, kiedy identyfikujesz się z nigdy nie widzianą  na własne oczy przestrzenią, pełną obcych ludzi, kształtów i różnorodności, o której czytałeś tylko w ukochanych książkach, a za którą tęsknisz …

W Drodze Mlecznej

Wyobraź sobie 300 miliardów gwiazd.  Zajmują szczególne miejsce w przestrzeni kosmicznej, tworzą gwiazdozbiory, rodzą się i umierają podczas ogromnych wybuchów, pozostawiając po sobie popiół, z którego powstają następne pokolenia. Spoglądamy w wieczorne niebo i dostrzegamy na nim tak dobrze znane nam światła, jednak nie mamy pewności, że one wciąż istnieją. Dzielą nas odmienne określenia czasowe, a im głębiej sięgamy w kosmos, tym dalej cofamy się w przeszłość. Gwiazdy, które towarzyszą nam podczas samotnych nocy, mogły już dawno zniknąć, a mimo to ich blask dosięga naszych oczu za każdym razem, gdy zachód słońca pokryje niebo granatową płachtą… Ludzie są jak gwiazdy. Ponad 7 miliardów ludzkich istnień, bijących serc, niezliczonych ilości oddechów wypełnia ten świat i każde z nich pojawiło się tutaj w konkretnym celu. Imiona niektórych poznała cała kula ziemska, inne pozostają rozpoznawalne w niewielkim gronie. Choć różnią się myślami, wyglądem i mnóstwem innych rzeczy, tak jak gwiazdy, swoją obecnością i blaskiem, nawet tym o małym zasięgu, są w stanie dać nadzieję, wiarę w lepsze jutro, wywołać błogie uśmiechy na twarzach. Często błądzą, przez cały okres …

Siedział i patrzył

W pewien późnojesienny, deszczowy dzień, przeplatany nieśmiałymi promieniami wschodzącego księżyca i zapachami trawy otulonej zimnym powietrzem, w niedużej, stojącej tuż przy ulicy kamienicy z brudnoczerwonych cegiełek o bajkowych kształtach, w jednym z ogromnych, pobielanych okien, przywodzących na myśl te z filmów familijnych, emitowanych w telewizji podczas świąt Bożego Narodzenia, siedział kot. Jego duże, lśniące oczy przypatrywały się piętrowcom z naprzeciwka, gdzie przez śnieżnobiałe firanki przemykały tańczące cienie ich mieszkańców oraz płomyki stojących na starym stoliku w kuchni świeczek, i krętej ulicy biegnącej między brunatnymi domkami. Podążał wzrokiem za przechodniami kroczącymi po nierównym chodniku, trzymającymi parasolki i papierowe torby z zakupami w dłoniach. Pewien pan w zaparowanych okularach na nosie szedł pospiesznie w stronę uchylonych drzwi, chwytając niedbale plik pogniecionych papierów i kartonowych teczek wypadających mu spod ramienia, na którym wisiała skórzana listonoszka na grubym pasku. Pod latarniami przechodziła kobieta w długim, rozpiętym płaszczu i brązowych włosach spiętych w kucyk, ściskając ostrożnie rączkę małego dziecka o zaróżowionych policzkach, wskakującego w swych żółtych kaloszach we wszystkie napotkane kałuże. Spośród drzew prowadzących do pobliskiego parku wyłoniła się para śmiejących się głośno przyjaciół wyprowadzających na spacer trzy psy – jeden z nich nosił na szyi …